Czas nabiera dla mnie całkowicie innego znaczenia. Nie mogę się doczekać i chcę, żeby mijał jak najszybciej, ale za to on oczywiście nigdzie się nie spieszy. Dni wloką się ślamazarnie przed siebie.
Liczę i dni i tygodnie. Dzisiaj mija 25 tygodni i 4 dni odkąd jestem w ciąży.
Test zrobiłam w domu w niedzielę 13 lipca. Bardzo długo próbowaliśmy zajść w ciążę i kiedy w końcu test był pozytywny nasza radość nie miała końca. Byłam nieco zszokowana, kiedy zadzwoniłam do ginekologa i chciałam zrobić termin a pani do mnie, że nie, termin dopiero po 12 tygodniach. Po 12 tygodniach?!?! Recepcjonistka mi wówczas wytłumaczyła, że testy domowe są tak akuratne, że na pewno jestem w ciąży, ale lekarz nic na razie dla mnie zrobić nie może. Poza tym, dorzuciła, że zawsze istnieje szansa na poronienie do 12-tego tygodnia, więc termin będzie po 12 tygodniach.
Znalazłam się jednak w gabinecie w piątym tygodniu ponieważ miałam lekkie plamienie i minimalne krwawienie. W szóstym tygodniu USG wykazało, że wszystko jest w porządku, ale lekarza i tak zmieniłam bo mi powiedział, że nie mam się tak cieszyć bo i nadal mogę poronić. Rozumiem że lekarze muszą być szczerzy i mówić nam o ryzykach, ale wszystko zależy od tonu i w jaki sposób komunikują to co muszą.
Od tego czasu wszystko przebiegało wspaniale. Wprawdzie przez drugi i trzeci miesiące ciągle byłam śpiąca, ale przez cały czas nie miałam ani mdłości ani wymiotów. Nadal jeździłam na rowerze i uprawiałam gimnastykę. Oczywiście wszystko do granic i bez poprzedniej intensywności, ale czułam się wspaniale.
W pierwsze trzy miesiące przytyłam trzy kilogramy więc w pracy nikt się nie domyślał. Ogłosiłam w pracy mniej lub więcej oficjalnie, że jestem w ciąży po 20-tu tygodniach.
Do tego czasu byłam przekonana, że będzie dziewczynka. Zaczęłam już kupować różowe rzeczy. Nie, nie ciuszki, ale takie siedzonko-huśtawkę i małą pościel. Na USG w 20-tym tygogniu pani nas się zapytała czy chcemy wiedzieć płeć, my oczywiście chcieliśmy. Przez pierwsze 15 minut wyglądało na to, że nici z tego, bo baby się tak zawinęło, że nie sposób było powiedzieć. Pani sprawdzała na komputerze czy ma wszystkie pomiary i stwierdziła, że coś musi powtórzyć. Kiedy ponownie namierzyła baby ucieszyliśmy się wszyscy, bo się odwrócił. A tak, pani oświadczyła, że będzie chłopczyk. Zapytałam trzy razy, czy aby na pewno?! Pani na to, że widzi to co widzi i że to chłopak. Nie mieliśmy imienia dla chłopczyka, ale moja przyjaciółka Chris od razu ochrzciła go Lenny Kravitz na tak długo aż znajdziemy imię.
Po tym USG zadzwoniła do mnie lekarz i powiedziała, że chciałaby abym miała jeszcze jedno USG ale bardziej dokładne. Zaniepokoiłam się, ale lekarz mi wytłumaczyła, że pomiary mojego płynu owodniowego wprawdzie są normalne, ale pomimo to jest go trochę mało.
Następny termin na USG dostałam na 22 listopada w szpitalu, 22 tydzień ciąży. Termin zrobiłam w czasie przerwy obiadowej, tak żeby wymknąć się z pracy i wrócić za godzinę. Podczas USG jeszcze raz wszystkie pomiary baby zostały pobrane i wszystko wyglądało wspaniale, aż do tego momentu kiedy pani wyrwało się nerwowe: "O oooo". Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam płakać. Pani pobiegła po lekarza. Lekarz zdiagnozowała niewydolność szyjki macicy. Moja szyjka zaczęła się skracać i zamiast 2-3 cm miała jedynie 8 mm. Na miejscu zostałam skierowana do innego szpitala na operację opierścienienia szyjki macicy, czyli założenie szwów na szyjkę macicy. Płakałam i byłam w panice. Tak strasznie byłam wdzięczna Danowi, że był tam ze mną. W innym szpitalu już na mnie czekali. Miałam mieć zabieg o 20:00 lub 21:00, ale po tym jak pielęgniarki podłączyły mnie pod maszyny lekarze stwierdzili, że nie mam skurczy i poczekają z zabiegiem do rana. Do tej pory nie miałam pojęcia co to wszystko znaczy i oczywiście kompletnie nic nie wiedziałam o niewydolności szyjki macicy.
Teraz po fakcie wiem, że miałam wielkie szczęście. Inne kobiety tracą dwie lub trzy ciąże zanim lekarze mogą wydać diagnozę. Lekarz, która przeprowadziła zabieg powiedziała nam, że miałam rozwarcie na centymetr. Gdyby nie ten zabieg to straciłabym dzidziusia. Zabieg przebiegł bez komplikacji. Największym niebezpieczeństwem zaraz po zabiegu jest infekcja lub poburzenie macicy i przedwczesny poród. Tydzień temu byłam na pierwszych badaniach odkąd wyszłam ze szpitala i jak na razie wszystko jest w porządku. Niestety po zabiegu lekarze zapisali leżenie. Muszę teraz leżeć aż do porodu, a wstawać wolno mi tylko do toalety i do posiłków.
Muszę się dostosować, bo jak to pani doktór wytłumaczyła należę teraz do grupy ciąży wysokiego ryzyka. Lekarze nie są w stanie zagwarantować, że szwy będą trzymać a szyjka ponownie nie zacznie się skracać.
Myślę jednak pozytywnie i modlę się aby baby się nie niecierpliwiło. Nawet jeśli mi się spieszy to dzidziuś niech sobie pływa i rośnie, bo nie czas jeszcze na niego... nie czas.